"La noche de los tiempos" jest monumentalną, prawie 1000-stronicową powieścią dotykającą wciąż bolesnego dla Hiszpanów tematu wojny domowej (1936-1939).
Powitani w trzech językach przez przedstawicielkę Passa Porty i prowadzącego spotkanie (po angielsku) przedstawiciela Instytutu Cervantesa w Brukseli, mieliśmy w ubiegłą środę przyjemność wysłuchać prawdziwego gawędziarza, bezpretensjonalnego przy tym i na dokładkę wcale nie egotysty - pozwalającego widowni skupić się na bohaterze historii, a nie autorze.
Rozmowa z autorem rozpoczęła się od próby znalezienia definicji pisarza.- To ktoś, kto kontynuuje rzemiosło narratora, dzieląc się doświadczeniem świata. - stwierdził Antonio Muñoz Molina. Wspomniał też, jak ciepło był witany w Passa Porcie cztery lata wcześniej, gdy otwierał tutejszy festiwal. Zjednoczona Europa - wówczas silna, dziś chwiejąca się - jest według pisarza czymś, o co warto walczyć: nie powstała ona w sposób naturalny, jest konstruktem, niczym dzieło literackie. Literatura zaś opiera się na opowiadaniu historii (storytelling), które samo w sobie nie ma charakteru intelektualnego; jest to uniwersalna cecha wszystkich istniejących kultur. Powieść według definicji Muñoza Moliny (jak sam zauważył - być może dość wstecznej) przekazuje czytelnikom obraz pewnej rzeczywistości. W przypadku np."Ulissesa" będzie to przekazywanie rzeczywistości umysłu narratora. "Don Kichot" z kolei jawi się jako powieść postmodernistyczna: w jednej części znajdziemy odniesienia do drugiej, do aktu pisania. - Ludzie snują opowiadania, zaś moim zadaniem jest opisywanie rzeczywistości. - podsumował autor.
Zapytany o pracę nad swą obszerną powieścią poświęconą wojnie domowej oraz napotykane przy tym trudności, Muñoz Molina wykazał się niezaprzeczalnym talentem gawędziarza. Otóż - według jego słów - pomysł narodził się w r. 2006, gdy pisarz (będący wówczas dyrektorem nowojorskiego Instytutu Cervantesa) dojeżdżał na gościnne wykłady do pewnego college'u na północy stanu. Kilkugodzinną podróż odbywał pociągiem, który poruszał się wzdłuż rzeki Hudson. - Jest w tym jakaś opowieść. - pisarz przywołał zainspirowaną widokiem rzeki i rytmem pociągu myśl, jaka pojawiła się podczas kolejnej podróży. College mieścił się w pięknym, arkadyjskim lesie. Cały kompleks budynków, z wyjątkiem jednego akademika, zbudowany był w stylu neoklasycystycznym. Muñoz Molina dowiedział się, że architektem odróżniającego się od reszty budynku był niemiecki uchodźca wojenny. Ta informacja wywołała u pisarza następującą refleksję: jak to jest, gdy ktoś wyrwany z piekła znajdzie się w naturalnym raju? Stąd blisko było już do pomysłu na opowiadanie o jugosłowiańskim uchodźcy, który znajduje przystań na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Jest on pisarzem, lecz nikt teraz, prócz jego profesora, nie rozumie języka, w jakim pisze.
Pierwotny zamysł utworu zmienił się pod wpływem historii hiszpańskiego poety, Pedro Salinasa, którego wiersze miłosne zainspirowała w dużej mierze jego amerykańska kochanka. Pozostawiła ona po sobie spuściznę w postaci listów, jakie przez wiele lat wymieniała z poetą, a które zapisała Uniwersytetowi Harwarda. Antonio Muñoz Molina z niecierpliwością oczekiwał ich publikacji, ale po przeczytaniu korespondencji kochanków (2001) poczuł się rozczarowany. W listach nie odnalazł prawdziwej miłości. Salinas był najwidoczniej zakochany w obrazie swojej kochanki, nie zaś w samej kobiecie. Ten lewicujący, postępowy poeta w życiu prywatnym prowadził "tradycyjnie" podwójne życie - utrzymywał jednocześnie związek z żoną i kochanką. - Łatwo angażować się publicznie - zauważył Muñoz Molina - natomiast zachować zasady w życiu prywatnym jest trudno.
Bohater planowanej książki nie mógł być pisarzem ani poetą... Doskonałą metaforą okazał się wreszcie architekt. Architekt ten przybywa w 1936 r. do Pensylwanii z Hiszpanii, gdzie pozostała jego rodzina. Wspomina swą miłość, snuje refleksje o napięciach społecznych w Hiszpanii. Sytuacja wychodźstwa jest fascynująca - daje możliwość zbudowania postaci z niczego - a raczej z samej siebie - a także poprzez wchłonięcie tego, co postać tę otacza.
W książce miłość i wojna współistnieją. Bohater, Ignacio Abel,pochodzi w ubogiej, robotniczej rodziny, ale dzięki zdolnościom zdobywa wykształcenie, wspina się po drabinie społecznej, dobrze się żeni i osiąga stabilizację życiową. Kształcił się także w Niemczech, korzystał ze zdobyczy modernizmu, uczestniczył w modernistycznym projekcie państwa hiszpańskiego. W 1935 nikt nie spodziewał się wojny. - Jesteśmy świetni w przepowiadaniu przeszłości - zauważył ironicznie pisarz. - Tymczasem wojna domowa w Hiszpanii nie musiała wybuchnąć.
Ignacio Abel zakochuje się z przyjezdnej kobiecie i zaczyna prowadzić podwójne życie oparte na zdradzie i kłamstwie. Ku jego zaskoczeniu kłamstwo przychodzi mu z łatwością; dziwi się, że nikt domyśla się prawdy. - Najwyraźniej widzimy fakty patrząc wstecz. - skomentował pisarz po raz kolejny odnosząc się jednocześnie do wojny domowej. - Nie istniała żadna historyczna konieczność, wojna nie musiała się wydarzyć. Ale kiedy się już wydarzy, normą staje się przemoc.
W lipcu 1936 Ignacio Abel nie dostrzegał wojny, ponieważ był zakochany. Jego kochanka znajdowała się właśnie w sytuacji wychodźstwa; przyjechała do Hiszpanii, by uczyć się języka i poznawać kraj. - Wychodźstwo było naturalną konsekwencją życiową dla liberalnych Hiszpanów. Najlepsza część hiszpańskiej inteligencji opuściła kraj; ucieczka od atmosfery dyktatury była dla tych ludzi jedyną możliwością - zauważył Antonio Muñoz Molina. I dodał:- Żeby napisać powieść, trzeba być pewnym pierwszego zdania, które nadaje jej ton.
Gdy wysłuchaliśmy już fragmentu "Mroku wieków", autor przyznał się do fascynacji "Wyznaniami angielskiego opiumisty" Thomasa De Quincey. Dalej wyjaśniał znaczenie sytuacji, w jakiej znalazł się bohater w cytowanym fragmencie: stojąc na peronie dworca wśród tłumu, w którym próbuje rozpoznać poszczególne twarze, nadać im indywidualność.
Według Muñoza Moliny potrzebujemy historii jako narzędzia poznawczego dającego nam też pewne pocieszenie. Pozwala nam ona odróżnić złych od dobrych. - A my jesteśmy zawsze po stronie tych dobrych - ironizował pisarz. W 1936 w jednej chwili Hiszpania doznała zapaści. Wszystko rozpadło się niczym w Nowym Jorku 11 września 2001 r. W opinii pisarza mamy skłonność, by traktować wszystko jako dane nam raz na zawsze, jako oczywistość; w rzeczywistości nic nie jest stabilne, wszystko jest jedynie "wibracją cząstek". - Widzimy w telewizji, jak dzieje się niewiarygodne - powiedział pisarz. - To może się stać, ale życie toczy się dalej - dodał. - Wszystko się rozpada i wszystko jest po staremu.
Dalej pisarz nawiązał do swej poprzedniej bytności w Passa Porcie. Wówczas, w 2007 r., Unia Europejska wydawał się być potężna, zaś dzisiaj drży w posadach. Pokazuje to, w jak wielkim stopniu dzieje ludzi i krajów zależą od przypadku. Nic nie jest z góry przesądzone ("pre-written"), pełna odpowiedzialność spoczywa na ludziach. Pisarz wskazał na powiązanie sfery prywatnej z publiczną poprzez odpowiedzialność. Zakochując się nie powinniśmy zamykać oczu na otaczającą nas rzeczywistość. Przykładowo list miłosny niesie ze sobą podwójne znaczenie: jest źródłem radości dla kochanki i trucizną dla żony. W okresie, którego dotyczy powieść, politykę zdominowała ideologia, wzywając do eskalacji przemocy i mordu. Pisarz zwrócił uwagę na wywołaną w ten sposób reakcję łańcuchową.
Usłyszeliśmy, że oddziaływanie powieści zależy od zrozumienia opowieści, a literatura nie jest historią (history). W każdym razie - związek między nimi nie jest oczywisty. Czy rolą literatury jest odzyskiwanie pamięci? Czy uzyskujemy dzięki niej wiedzę? Odpowiedź Muñoza Moliny wskazała najpierw na aspekt techniczny: powieść to konstrukt literacki, "maszyna do opowiadania" (z Corbusiera), rodzaj symfonii wyposażonej z tematy, kompozycję, rytm itd. Strumień narracji unosi czytelnika za pomocą chwytów formalnych. W sensie etycznym powieść jest polityczną, obywatelską debatą, kluczem do publicznej dyskusji. W optymistycznym ujęciu służy ona jako pewien artefakt, porusza, ma znaczenie dla czytelników. Wedle słów pisarza, nic nie może się równać ze snuciem opowieści.
Próbując stworzyć kulminacyjne sceny powieści "La noche de los tiempos", pisarz wykorzystał artykuły prasowe z epoki. Wycinając i grupując fragmenty, które ukazały się w momencie wybuchu hiszpańskiej wojny domowej, potraktował jako równorzędne nagłówki artykułów, reklamy, ogłoszenia, wieści sportowe. Tym samym pokazał trywialność rzeczywistości.
Muñoz Molina wskazał na tragizm podziałów wywołanych przez wojnę domową: wyłoniły się wówczas dwie Hiszpanie. Jedynie 10% żołnierzy było ochotnikami, pozostali pochodzili z poboru, który odbył się w sposób przypadkowy. I tak, jeden spośród braci Machado (Manuel) został nadwornym poetą Franco, a drugi (Antonio, także poeta) walczył po stronie republiki. Nie było w tym jednak żadnego mistycyzmu; bracia znaleźli się po prostu fizycznie w takich, a nie innych miejscach frontu - można dodać: jak wielu innych. Patrząc na wojnę w Hiszpanii z perspektywy międzynarodowej, dostrzec można ją w kontekście światowego totalitaryzmu. Widać też, że ostatecznie przeważył ekstremizm.
Pisarz zrezygnował z czytania kolejnego fragmentu powieści na rzecz pytań od publiczności. Już pierwsze z nich wywołało jednak dość nieoczekiwaną reakcję. Poproszony o komentarz do naszych trudnych czasów, Muñoz Molina stwierdził, że żyjemy w najlepszych możliwych czasach, bez porównania łatwiejszych niż np. średniowiecze. - Pod wpływem Oświecenia idealizujemy dawne epoki. Tymczasem współczesna Europa Zachodnia to najlepsze w historii miejsce do życia.- podkreślił. Pisarz stwierdził, że mamy zbyt wielką skłonność do pesymizmu. - Czasy wojny domowej były straszne. 50% społeczeństwa nie potrafiło wówczas czytać i pisać, a demokracja była w odwrocie. Dzisiejsza Hiszpania to zupełnie inny, demokratyczny kraj ludzi wykształconych. Muñoz Molina wskazał na kiczowatą nostalgię za czasami republiki. - Każdy myśli, że byłby wtedy po właściwej stronie. - dodał ironicznie. - Ale kto wtedy mógł wybierać strony?
Na zakończenie spotkania pisarz raz jeszcze okazał się optymistą. - Bycie pesymistą - zauważył - jest modne, bo oznacza dziś większy prestiż intelektualny.
Wyszłam ze spotkania uradowana, że znany i ceniony pisarz nie boi się z niemodnym optymizmem patrzeć na współczesną Europę. Pociesza, że nie tylko Polacy nie potrafią ciągle poradzić sobie z demonami przeszłości i podziałami w ojczyźnie. Nie tylko polscy twórcy musieli w przeszłości (i miejmy nadzieję nigdy więcej) szukać ukojenia i przyzwoitych warunków bytowych na obczyźnie. Jednak my jeszcze nie mamy na wielkiej powieści, która zawarłaby doświadczenie jednego lub więcej pokoleń czasów podziału... Czekamy zatem na taką powieść. I na tłumaczenie "Mroku dziejów" Antonia Muñoza Moliny na polski.
Bruksela, 24.10.2011 r.




